wtorek, 20 czerwca 2017

Ze wszystkich idiotycznych powodów, dla których jest się samemu...

... uznanie cukrzycy za powód samotności jest chyba najdurniejszym. Jak powszechnie (lub nie) wiadomo, choruję sobie (tudzież funkcjonuję raczej z cukrzycą) od jakiś pięciu lat. 
I w tym czasie zdążyłam: rozprawić się z nieudanym małżeństwem, przeżyć fascynujące zauroczenie absolutnie niewłaściwym facetem i znaleźć ... no powiedzmy, że tego WŁAŚCIWEGO. Pomimo (?) cukrzycy.

A właściwie to obok tej tam, bo prowadząc życie towarzysko-uczuciowe, akurat raczej inne sprawy zajmowały mnie intensywniej, mocniej, przyjemniej. I nie - nie ukrywałam "słodkiej przypadłości" przed nikim, kto się mną interesował. Bo i po co? 

Tu i ówdzie czytam, że ten i ów stracił partnera, przyjaciela, znajomych, bo CUKRZYCA. Szczerze i uczciwie - chyba w takim razie mam nieziemskie szczęście do ludzi, bo póki co jeszcze nikt nie wpadł na to, żeby zerwać ze mną kontakt z tego tytułu - ze względu na wredny charakter albo inne wątpliwe zalety - owszem. Jak to w życiu.

Czy cukrzykowi trudno jest znaleźć "drugą połówkę"? A komu u licha jest łatwo? Bycie z kimś samo w sobie jest piekielnie trudne, bo jakby nie patrzeć, wymaga dostosowania się (przypominam: z OBU stron) - i tylko i aż tyle. 

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Miałam popełnić notkę.

Pętając się po kuchni, robiąc herbatę i ogarniając przy okazji zmywarkę, bardzo intensywnie myślałam, co napiszę. Pomysły (oczywiście genialne) kotłowały się jeden za drugim. W ilościach iście hurtowych. Usiadłam do klawiatury ... i pustka. Wyparowały cholery. Co do jednego.

Siedzę więc sobie ze stygnącą herbatą z pokrzywy, zerkam na głupawe romansidło z wybotoksowaną główną bohaterką i wyzywam na wenę, która tradycyjnie poszła w diabły i zostawiła mnie samą. Ot życie. 

A życie płynie sobie, rzucając pod nogi więcej kłód niż kwiatków. Tu awaria samochodu, tam wizyta u lekarza. Okazjonalnie spacerek w okolicznym parku. Zdecydowanie przedkładam spacery nad awarie. 

Dzisiaj obijam się - łażę z kąta w kąt i kombinuję co zrobić, żeby nie robić niczego. Zdążyłam pomarudzić, ponarzekać i wypić herbatę. Nie ma to jak pożytecznie spędzony dzień. Bo przecież trzeba dni spędzać pożytecznie, bo nieróbstwo to w naszych czasach grzech śmiertelny. Bo rozwój, aktywność i inne tego typu bzdety nade wszystko. Nie wierzycie? Pierwszy z brzegu internetowy guru od samorozwoju Wam to powie. 

A ja dzisiaj mam  to w nosie. Popatrzę na góry w telewizorze, na wybotoksowaną Sammy Jo z Dynastii...20 lat później. I może pomaluję paznokcie? Bo chwilowo nie mam weny na nic więcej.

piątek, 10 lutego 2017

Czego nie robi się z miłości ...

Zimowy, noworoczny urlop spadł na mnie jak grom z jasnego nieba - no prawie. Zaplanowany był i jeszcze do tego przesunięty, a właściwie to zimowe warunki pogodowe spadły na mnie jak skrzyżowanie smogu ze śnieżycą. 

Ukochany mój, jako istota z natury (nad)aktywna umyślił sobie wykorzystanie nietypowych jak na początek stycznia śnieżnych uroków i namówił na wycieczkę na pobliski stok narciarski. A stok narciarski mamy w odległości 10 minut od domu, więc faktycznie okazja sama się pcha w łapki.

Istotą jestem z natury mało ruchliwą, niespecjalnie sportową i zdecydowanie nieskoordynowaną ruchowo. Moja ciapowatość w tej dziedzinie jest powszechnie znana i nawet trudno mi się oburzać o jakiekolwiek żarty w tym temacie.

Sporty zimowe jako takie, stanowią dla mnie źródło lęków, a przynajmniej niepokoju. Jak jeszcze narty jestem w stanie logiką ogarnąć, tak przymontowanie pojedynczej deski do dwóch (DWÓCH) nóg na raz, stanowi dla mnie wizję bliską krowie spętanej, celem ograniczonego przemieszczania się po pastwisku. I tak - właśnie ze snowboardem miałam pierwszą przygodę tej zimy.

Namówiona przez Ukochanego (przecież to nie jest trudne, dasz radę, ja Ci pomogę), wykazałam się niesamowitą (jak na mnie) odwagą i wypożyczyłam sprzęt. Ukochany wykazał się niesamowitym optymizmem i wykupił nam karnety na wyciąg - nadmierny był to optymizm.

Na główny stok wylazłam - owszem... nawet udało mi się (przy pomocy oczywiście) wstać i ... no powiedzmy, że dojechać do dołu, lądując na odwrotnej stronie swojej osoby raptem 6 razy. A potem raźnym krokiem powędrowałam na oślą łączkę. I tam już zostałam.

Prawdę powiedziawszy to i na owej oślej łączce miałam śmierć w oczach - szczególnie, kiedy uświadomiłam sobie, że to przymontowane do nóg coś nie posiada w standardowym wyposażeniu takiego detalu jak hamulce. Metodę zatrzymywania się, owszem, opracowałam. Niestety - metoda daleka od doskonałości spowodowała ubarwienie odwrotnej strony mojej osoby abstrakcyjnym fioletowym wzorkiem. Po dwóch tygodniach udało mi się usiąść bez skrzywienia. Brawo ja.

Żeby oddać sprawiedliwość Ukochanemu - starał się bardzo i nawet, dzięki jego pomocy, udało mi się kilka razy zabójczą pochyłość oślej łączki przebyć (nawet bez konieczności wykorzystania "zadniego hamulca") w miarę bezpiecznie, z nieznacznymi tylko efektami dźwiękowymi w rodzaju "jaaa juuuż nieee chcęęę" i "zaaa szyyybkooo".

Nauka przyniosła efekty: potrafię stać na desce i siedzieć z deską na śniegu. Znajdować się w stanie pomiędzy poprzednio wymienionymi również potrafię. W pełni samodzielnie.

Po kilku dniach podjęłam próbę jazdy na łyżwach - ta skończyła się jeszcze szybciej. Łyżwy, owszem, przypięłam. Do lodowiska podeszłam. W głowie mi się zakotłowało, równowagę straciłam momentalnie i na tym moja kariera łyżwiarki figurowej się zakończyła.
Sporty zimowe - Karolcia 2:0.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Że ta ludzkość jeszcze nie wymarła to cud jakiś...

"W szkole rodzenia byłam i zajęcia z panią seksuolog były." - stwierdziła koleżanka, mająca w planie najbliższym powielenie się. "Miny mieli jakby słowo seks pierwszy raz usłyszeli". 

I tak sobie myślę, że chyba właśnie tak mogło być. Bo mimo, że seks atakuje z każdej strony, w formach właściwie coraz mniej subtelnych i coraz bardziej nachalnych to poziom wiedzy w dalszym ciągu leży, kwiczy i nawet na kolanka dźwignąć się nie potrafi. Bo o seksie się nie gada, nie rozmawia. To ciągle jeszcze wiecznie temat tabu.

Ludzie są leniwi - mimo ogólnej dostępności do wiedzy wszelkiej, uczyć się nie chcą. A potem dramat. Bo jak szczęśliwą ma być kobieta, która nie wie z czego się składa? Albo co do czego służy? Że o takim rozpasaniu jak sprawdzeniu co lubię a co mi się nie podoba życiowo w ogóle i unikać jak ognia należy? I jak się dowiedzieć, nie sprawdzając? 

"Bo oni nic nie wiedzą" - ano nie wiedzą... owszem - gadają niekiedy o seksie: najczęściej w kategoriach życzeń albo narzekań. Opowiadają sobie kłamstwa kto, ile razy, z kim i jak. A tak naprawdę? Majstrują te dzieci cichcem pod kołdrą, po ciemku, ewentualnie gdzieś w toaletach na dyskotekach przypadkiem. Nie zastanawiając się co, jak i po co. 

"Jak oni te dzieci zrobili?" dziwi się koleżanka. Ano - wszyscy wkoło robią, zrobili i oni - ot siłą rozpędu, niektórzy wręcz przypadkiem, bo wcale tego w planach nie mieli. Bo okazuje się, że prosta prawda, że jak się seks uprawia, to można jako skutek uboczny dziecko spłodzić to wiedza tajemna, nieznana szerszej społeczności i zakrawająca wręcz nawet na magię.

A tak naprawdę, nade wszystko wisi nad nami widmo wstydu i tego, czego nie wypada. Bo jej nie wypada mieć fantazji, a jemu spytać co jej sprawi przyjemność. Bo po co? Seks to prościzna i każdy sobie z nim poradzi... Prawda?


środa, 14 grudnia 2016

Dziewczyna z magnesu...i jej Chłopak.

Na mojej lodówce mieszka mnóstwo magnesów - każdy coś tam oznacza i skądś na tą lodówkę trafił. Jeden z nich jest bardzo szczególny. Dla mnie. Z czarno-białego zdjęcia patrzy na mnie zadziornie dziewczyna, młoda kobieta w bluzce z kołnierzykiem i ... motocyklowych goglach. Włosy ma odgarnięte do tyłu, a na ładnej buzi minę z rodzaju "no i co mi zrobisz?". 
To zdjęcie jest stare - według moich obliczeń ma dobrze ponad 50 lat. Dziewczyna bardzo młoda, podobnie jak chłopak, który tę chwilę i tę minę uwiecznił, do którego to spojrzenie i uśmiech były skierowane.
Poznali się na "obowiązkowej imprezie", na którą zagnano młode pielęgniarki z internatu i strażaków, będących w stolicy na praktykach - taka była wtedy moda, żeby integrować młodzież, szczególnie ze środowisk raczej tradycyjnie jednopłciowych. Ona w ogóle na  tą imprezę się nie wybierała: właśnie skończyła dyżur, nie chciało jej się szykować, czesać, wymyślać stroju... W końcu poszła - w bluzce "tył na przód" bo tak sobie wymyśliła... Miała niewiele ponad 20 lat i mnóstwo tupetu, ładną buzię i szczupłą sylwetkę, przez którą przezywano ją bocianem. 
Ponoć wypatrzyła go od razu - na wejściu. Stał w mundurze z paskiem od czapki pod brodą (ponoć oznaką, że na służbie, warcie czy coś). A ona sobie wymyśliła, że ładny i że tylko z tym zatańczy. I zatańczyła - widać wrażenie zrobiła i ona, bo wartę przekazał koledze i poszedł tańczyć z tym chudzielcem w bluzce "tył na przód".
Potem były randki w warszawskich parkach... i nauka jazdy na motorze - miał jakąś shl-kę czy innego junaka? Nie pamiętam - już się nie dowiem. Ponoć nawet jedne buty stracił, bo za mocno i szybko dodała gazu przy ruszaniu - jak szarpnęło tak podeszwy odpadły. Były zdjęcia - i ten jej uśmiech i wielkie okulary. Czy już wtedy wiedziała, że to do niego będzie uśmiechać się jeszcze przez 40 lat?
Pobrali się i wynajęli pokój - i kolejne zdjęcia: nad miską z obieranymi ziemniakami i z tym samym zawadiackim uśmiechem. Potem Ona urodziła syna - i moja ulubiona fotografia: biały wózek na wielkich kołach i On w skórzanym płaszczu i kapeluszu. Później przeprowadzki, kolejne dziecko... życie. Wzloty i upadki. I przez te wszystkie lata razem.
Mieli skrajnie różne charaktery - On spokojny, zrównoważony (nooo przynajmniej prywatnie, bo w pracy ponoć wybuchowy był, ale o tym nie miałam okazji się przekonać), Ona "postrzelona", trochę szalona, wybuchowa.
Przeżyli razem chwile naprawdę trudne - takie, po których ciężko się pozbierać, ogarnąć, zostać. Dali radę.
Odszedł pewnego zimowego poranka prawie 17 lat temu, Ona jeszcze przez 11 lat tęskniła za nim... a potem - no cóż - jeśli istnieje coś "po" i jakaś sprawiedliwość, to znowu są razem, a ona dalej testuje jego cierpliwość.
On zaraził mnie miłością do jeżdżenia, zwiedzania, zbierania wspomnień... i zdjęć, Ona nauczyła, że ludzie są zawsze ważniejsi niż jakiekolwiek przedmioty. Dzięki Niemu potrafię przylutować diodkę, a po Niej mam wybuchowy, gwałtowny charakter... Ona nauczyła mnie, że nie ma imprezy bez jajek w majonezie, a On do znudzenia, z anielską cierpliwością tłumaczył mi fizykę i wywoływał zdjęcia... i spał w namiocie u pradziadków na podwórku, bo tak było ciekawiej.
A teraz, dla dorosłej mnie są dowodem, że miłość istnieje - istniała już wtedy w spojrzeniu tej Dziewczyny z Magnesu. Mojej Babci.

poniedziałek, 31 października 2016

Czy ja wspominałam, że lubię gotować?

Bardzo lubię - szczególnie wtedy, kiedy nie muszę. Kiedy jednak zestaw okoliczności zmusza mnie do podjęcia wysiłków na polu kulinarnym, można być pewnym, że przez moją kuchnię i mieszkanie przetoczy się seria katastrof rodem z dreszczowców o końcu świata. Tak jest zawsze. Ot - prawo natury.

Oczywiście w sytuacji, kiedy jedzenie szykuję dla siebie, względnie dla ludzi, których karmię raczej często (Ukochany Współlokator i Ulubiony Kolega najczęściej), wszystko (lub prawie) się udaje. Krem się rozwarstwia, ciasto nie ma zakalca, mięsko nie wysycha. Jest cudnie po prostu.

Jakieś półtora tygodnia temu, jak grom z jasnego nieba, całkiem niespodziewanie spadła na mnie radosna wiadomość, że w sobotę na obiedzie będziemy gościć znajomych Współlokatora i razem świętować Jego urodziny. Oczywiście wiadomość ta opakowana została w uśmiech i typowo męskie stwierdzenie "zrobisz jakieś mięsko, ziemniaki i będzie ok".  Rozstąp się ziemio i pochłoń - nie mnie - jego, zanim oczka wydrapię. Gniew mój był adekwatny do sytuacji (skrzyżowanie smoka wawelskiego z Hulkiem), no ale jak już zaprosił tych gości, to jednak trzeba by było ich nakarmić.

Zgodnie z wszelkimi prawami wszechświata w kuchni nie szło mi nic. Pierwszy biszkopt (taak - tort wymyśliłam upiec) nie dość, że się nie dopiekł (wnioskuję, po wydobywającym się z niego chlupotaniu, w trakcie wyciągania gada z piekarnika), to jeszcze składał się wyłącznie z mordoklejkowego zakalca - śmiało można nim było uszczelniać cokolwiek. Drugi wyglądał ciut lepiej (i jego szczęście, bo na trzecie podejście brakłoby mi jajek), jedynie przy wyjmowaniu miksera z miski, urządzenie mi się zbuntowało i postanowiło się włączyć. Samo. Kto kiedykolwiek używał tej diabelskiej machiny, wie czym taka samowola skutkuje... No cóż - konieczność mycia siebie, ścian, blatów i podłogi litościwie przemilczymy po prostu. Tak samo jak brak jakiejkolwiek współpracy ze strony kremu, który wyszedł... no cóż... kosmaty. W życiu nie wyszedł mi tak brzydki tort. Zdjęcia nie wstawię, bo nawet fotogeniczny był.

Ciasto z dynią - udaje się zawsze. Nie ma opcji, żeby nie wyszło. Pod warunkiem, że akurat nie wpadnie się na pomysł ulepszenia nadzienia rodzynkami, które odrobinkę źle zniosą obecność w warunkach piekarnikowych.

Nawet sałatka z makaronem (robiona przecież setki razy) postanowiła się zbuntować (znaczy bardziej makaron niż sałatka) i niekoniecznie być taka, jak to sobie wymyśliłam. No doprawdy frustrujące.

Oczywiście dzień obiadu też obfitował w małe i większe katastrofy i tylko dobrowolna interwencja Sąsiadki uratowała mnie przed nakarmieniem gości surowymi ziemniakami... no ewentualnie wystąpieniem w dresie, przysypanym mąką i uciapranym Bóg-Jeden-Wie-Czym. Taak - dobra organizacja czasu to podstawa. 

Żeby było zabawniej - impreza się udała, obecność trójki dzieci poniżej trzeciego roku życia była wyzwaniem, które też (dalej nie wiem jakim cudem) dało się ogarnąć, a tort (ten kosmaty) zjadł się w całości. I nawet nikt się nie otruł. Nooo sukces. I dalej lubię gotować - jak nie muszę.

wtorek, 18 października 2016

Waśnie w świecie baśni... znowu wessało mnie w serial...

Ostatnimi czasy mój system odpornościowy powiedział, że ma mnie dość, poszedł sobie i zostawił mi najpierw megakatar i przeziębienie, a potem anginę. Tym oto sposobem nieziemsko znudzona i coraz bardziej zniecierpliwiona zostałam najlepszą przyjaciółką swojej kołdry, poduszki i ...czasozabijaczy. 

Lubię historie - szczególnie takie z hepiendem - pewnie dlatego, że mam świadomość, że w życiu zdarza się on bardzo rzadko. Od dawna (a może od zawsze?) lubię bajki, baśnie, legendy i mity, a znając te moje "bziki", więc Mój Malutki Braciszek zaproponował mi dwa seriale. 

"Once upon a time" - tak zaczynają się bajki w krajach anglojęzycznych, czyli po naszemu "Dawno dawno temu". Sprawdzona metoda połączenia świata współcześnie realnego z krainą baśni, w której stało się coś strasznego (czyli paskudna królowa rzuciła okropną klątwę) i  tutaj zdała egzamin. No prawie. 

Pomieszanie z poplątaniem: Śnieżka strzela z łuku (również do Księciunia), Kopciuszek podpisuje umowę z niejakim Rumpelsztykiem, bo jej chrzestna wróżka poległa w trakcie pełnienia służby, Kapturek jest wilkiem, a Bella zakochuje się w Złym Czarnoksiężniku... i tak dalej i dalej i dalej... Wyjątkowo "zakręcone" towarzystwo. A potem Zła Królowa rzuca klątwę i wszyscy przenoszą się to strasznego świata pozbawionego magii - czyli do Maine w USA. Jedyną nadzieją na złamanie klątwy i ocalenie tego bajkowego towarzystwa jest córka Śnieżki i Księciunia, która została wysłana do USA tuż po urodzeniu. Wbrew pozorom ogląda się to naprawdę przyjemnie. Akcja wciąga, postaci zaskakują i co chwilę wychodzą na jaw nowe relacje i zależności. Przyjemnie. Prawie.

Często jest tak, że postaci pozytywne są nudne, przewidywalne i nieciekawe, ale tutaj niestety twórcy przeszli samych siebie. Żeby nie było niesprawiedliwie - okropnie irytujący i pozbawieni choćby podstawowych umiejętności logicznego myślenia są tylko Śnieżka i jej Księciunio. Są słodcy, miliusi i doprawdy beznadziejni. Dawno nie czułam aż tak głębokiej niechęci do głównych bohaterów w jakiejkolwiek historii (może dlatego, że też staram się takich historii unikać). Szczególnie niezmącone myślą oblicze Śnieżki drażni mnie nieziemsko. Naiwność obojga i kompletna bezrefleksyjność - po prostu para półgłówków. Ale nic to - przeżyję. Odrobinę mniej, ale jednak, irytuje mnie wnuczęcie Śnieżki, sprawca całego zamieszania, syn Wybawczyni czyli 10-letni Henry, ale on jest zdecydowanie do przeżycia.

Pozostali bohaterowie wynagradzają tą mękę. Zła Królowa i Rumpelsztyk okazują się nie tylko być nie do końca tacy podli, na jakich wyglądają, ale także mieć naprawdę solidne powody do wybrania takiej, a nie innej drogi. Emma czyli Wybawczyni jest bystra, sprytna, odważna, zadziorna i charakterna (jakim cudem, po takich rodzicach??)... i zdecydowanie mniej słodka od uroczej dr Cameron z "House'a". 

Podoba mi się ta bajka - takie przypomnienie tego, za czym tęsknimy, co nas cieszyło i straszyło, kiedy byliśmy mali... Więc idę oglądać dalej, skoro jeszcze mogę się polenić przez dwa dni.