sobota, 21 grudnia 2019

Dawno dawno temu...

... była sobie dziewczynka, która miała wszystko zaplanowane. Że wyjdzie za mąż, będzie miała dom, rodzinę, dzieci, może jakiegoś sierściucha. Mąż będzie ją bardzo kochał, często przytulał i będą się razem dużo śmiać. 

Minęło dwadzieścia lat - mąż okazał się być kiepskim mężem, na sierściuchy jest uczulona, dziecko ma cudowne - ale tylko jedno, bo na więcej ani czasu ani możliwości ani sił.... a po świętach pewnie trzeba będzie układać sobie wszystko od nowa, bo piękne plany spełniają się tylko w bajkach. 

A poza bajkami ciężko o miłość i śmiech i przytulanie.... kiedy jest się tylko zbędnym dodatkiem do fotografii.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Bo to wszystko przez Kasię i PigOuta czyli moja recenzja "kosmicznej krzyżówki Greya z Ojcem Chrzestnym"

Jeśli chodzi o recenzje innych ludzi, to jestem raczej nieufną bestią i wychodzę z założenia, że wszystko jest kwestią gustu i upodobań, a jak nie podoba się komuś innemu, to może zachwyci mnie. I tym sposobem niniejszym zmarnowałam kilka(naście?) godzin życia. 

Otóż - krążą po internetach bardzo mało pochlebne opinie o polskiej mafijnej trylogii. Na oficjalnej stronie sprzedawcy tegoż arcydzieła czytamy, że to utwór "obrzydliwie romantyczny, skrajnie prawdziwy i inspirujący..." Z całego tego opisu mogę potwierdzić jedynie, że obrzydliwy.

Ale do rzeczy. Krótki zarys fabuły: niespecjalnie rozgarnięta, aczkolwiek przekonana o własnej niebotycznie wysokiej wartości warszawska nałogowa pijaczka jedzie na urodzinową wycieczkę na Sycylię, gdzie porywa ją mafiozo, któremu w malignie się przyśniła. Dzielna Laurita opiera się oprawcy całe 3 dni, po czym grzecznie pozwala się "zgwałcić" w zamian za szafę ciuchów i kozaki od Givenchy. W międzyczasie w stanie wskazującym usiłuje się utopić, spadając z jachtu - niestety nieskutecznie. Dalej mamy opisane iście gimnazjalnym językiem sceny seksu i zakupów, następnie zakupów i seksu, żłopania szampana, ślub, ciążę, seks, zakupy, szampana, porwanie, strzelaninę, przeszczep serca, rozwód, seks, zakupy, poćwiartowanego pudla (najsmutniejszy moment całej trylogii), i jeszcze więcej szampana, zakupy i seks, kolejne porwanie, kolejne seksy, więcej szampana, kolejną ciążę i kolejny ślub. Koniec. 

Fabuła się nie klei. Ciężko doprawdy uwierzyć w istnienie istoty aż tak płytkiej i głupkowatej jak rzeczona Laurita, chociaż jeszcze trudniej uwierzyć w głęboki afekt dwóch kolejnych mafiozów do naszej bohaterki. Parada postaci pobocznych przewijających się przez karty, z braku lepszego określenia, powieści również z realizmem ma niewiele wspólnego: mamy zdzirowatą przyjaciółkę, heteryka udającego geja, żeby się do ciężarnej Laurity poprzytulać, płatnego mordercę-surfera i bullteriera, z którego ma wyrosnąć w przyszłości wielki pies. Ale to wszystko jest pikuś. Pan Pikuś, jak mawiają w reklamie.

Największym grzechem w mojej opinii jest język, jakim te książki zostały napisane. Artykuły Pudelka i Faktu przy tym to prawie jak Dostojewski i Mickiewicz razem wzięci. Bezsensowne nadużywanie wulgaryzmów, mające zapewne udowodnić bezpruderyjność zarówno autorki, jak i bohaterki i coś, czego od czasów przeglądania FanFiction pisanych przez gimnazjalistów wprost nienawidzę: z braku lepszych określeń, nazywanie bohaterów poprzez kolor ich włosów. Dla przykładu: "blondynka miłośnie spojrzała w oczy czarnowłosego" - i tak w co drugim zdaniu. Aczkolwiek, wedle mojej pamięci, mamy tam głównie Czarnego i Łysego. Ale to jakby odrobinę mniej ważne. 

Podsumowując - Trylogia mafijna to potworek. Paskudny potworek z pustogłową bohaterką, której po jakiś 15 stronach zaczynasz życzyć śmierci i z każdym nieudanym zamachem bardziej wkurzasz się na ofermowatych bandytów (tudzież samą Lauritę, bo ona również próby zakończenia egzystencji podejmuje). Ale polecam do przeczytania - dlaczego niby kogoś ma nie rozboleć głowa, oczy i zęby?

czwartek, 17 maja 2018

Tym cukrzycy nie wyleczysz.

Zauważyłam czas jakiś temu pewną prawidłowość - jak nic nie jest mnie w stanie zmusić do pisania, to należy mnie solidnie zirytować. Efekt gwarantowany. Tym razem udało się to pewnej Pani, która postanowiła oświecić społeczeństwo cukiernicowe najnowszym odkryciem - przywrą trzustkową. Hurrra! Wreszcie wiadomo, co tą wredną cukrzycę wywołuje. To teraz tylko bazuka, ataken przywren i są my zdrowi, nie? No nie.

Po przeprowadzeniu pobieżnych badań do spółki z wujkiem Googlem stwierdzono, że owa przywra (a już wizję jej miałam ściśle określoną i bardzo plastyczną - takiego małego cosia z wielką japą i zębiskami, z serwetą w kratkę zawiązaną pod brodą i sztućcami w łapkach) istnieje wyłącznie w bujnej wyobraźni środowisk altmedowych. Ups.

Każdy pomysł na biznes jest dobry. Serio - masz pomysł to fajnie, realizuj go. Tylko... żerowanie na zrozpaczonych rodzicach świeżozdiagnozowanych cukrzyków (i nie tylko) to, za przeproszeniem, skurwysyństwo.

Z tego miejsca spieszę donieść, że niestety żadne ziółka, naturoterapie, okadzanie, egzorcyzmy, magia, zaklęcia i inne cuda nie wyleczą cukrzycy typu pierwszego. Cud od Boga może pomóc, ale zdaje się tego jeszcze nie potwierdzono. I żeby nie było nieporozumień - ja w ziołolecznictwo wierzę - jako UZUPEŁNIENIE konwencjonalnej terapii, jako prewencję również, ale nie wierzę i nie uwierzę, że od "oczyszczenia organizmu" z nieistniejących pasożytów odrosną komuś komórki beta. Trudno i darmo.

Ja wiem, rozumiem, że tonący brzytwy się chwyta i z nieuleczalną chorobą ciężko się pogodzić. Szczególnie rodzicowi (bo paradoksalnie samemu choremu zwykle jednak przychodzi to łatwiej), ale gdyby choć połowę energii wydatkowanej na szukanie rozwiązania, które nie istnieje poświęcił na pokazanie Młodzieży, że z tym da się żyć, normalnie (w miarę) funkcjonować i (UWAGA, BO TO WAŻNE): BYĆ SZCZĘŚLIWYM, to efekt byłby znacznie lepszy.

A eksperymentowanie z ziółkami i/lub eliminacyjnymi dietami na kilkuletnim dziecku, żeby nie było "niewolnikiem insuliny" uważam za wyrafinowaną formę znęcania. Taka moja prywatna, osobista opinia.

wtorek, 23 stycznia 2018

Przygoda życia.

Mało mnie ostatnio, bo zaczęłam czas jakiś temu ten Najważniejszy w Życiu Projekt. Najcudowniejszy, najbardziej fascynujący, najpiękniejszy. Projekt od przeszło dwóch tygodni realnie dezorganizuje mi życie - pozbawia snu, zmienia pory posiłków, ogranicza czas kąpieli... i wywołuje najszerszy z możliwych uśmiechów. 

Czas pokaże jak mi się ten Projekt rozwinie - na razie uczymy się wzajemnie "jak to działa". Co kto może, a czego nie...
Projekt ma nosek i dołeczek w brodzie po swoim Dziadku. Ciemne oczka, włoski i śniadą skórę też. I jakieś straszliwe duchy grasujące w łóżeczku - tam się zupełnie nie da spać... 

Ja już wiem, że oto zaczęła się największa i najpiękniejsza przygoda mojego życia... 

piątek, 24 listopada 2017

Tak trochę na własne życzenie....

Z okazji Dnia Cukrzycy Polska Telewizja wyemitowała reportaż. Taki wiecie - z gatunku zaangażowanych. Na temat, jakże mi bliski, biednych zmaltretowanych przez los i dyskryminowanych cukrzyków. Obejrzałam i doznałam oświecenia pomieszanego z niepomiernym zdumieniem.
Otóż moi Kochani - myślałam, że nie zobaczę nic gorszego, bardziej przekłamanego i żałosnego niż reportaż sprzed jakiegoś czasu z zapłakaną Matką i Załamanym Ojcem, którzy nigdy przenigdy nie pogodzą się z chorobą swojej córki (nota bene - pogodzili się, żyją, i nawet czasem uśmiechają - brawo oni - serio). Okazuje się, że da się gorzej. Zdecydowanie gorzej. 
Po raz kolejny dowiedziałam się, że cukrzyca typu 1 to choroba dla bogaczy. Jedna z występujących w programie mam przekonywała świat, że choroba maleństwa (13-letniego, wymagającego opieki 24/7) kosztuje miesięcznie 2500-3000zł. Co jest o tyle zdumiewające, że ja takiego dochodu na członka rodziny nie mam, z cukrzycą żyję ładnych parę lat, a z owego dochodu utrzymujemy jeszcze mieszkanie, dwa pojazdy mechaniczne i dwie dorosłe osoby (czyli nas) póki co. Jak się okazało z czasem, to koszt cukrzycy to również buty, ubrania, leki na przeziębienie, płyny do kąpieli, balsamy do ciała i miliard innych rzeczy, które uwaga: przy zdrowym potomstwie również trzeba nabyć. I jak słowo daję - dzieci bez cukrzycy również łapią katar - byłam takowym, brat mój tym bardziej. Katar się zdarzał.... no chyba, że z czasem coś się zmieniło i jeśli mój potencjalny potomek bezcukrzycowy złapie jakąś infekcję, to będzie mi prawo reklamacji przysługiwać? 
Druga Mama w reportażu była słusznie oburzona, że jej dzieciaczek (i tutaj rzeczywiście - maluszek w sumie), jako "efekt choroby" stracił miejsce w przedszkolu. Tylko znowu - tu mamy to tak trochę na własne życzenie. Bo jak rzeczywiście obsługa cukrzyka w przedszkolu czy szkole powinna polegać na monitorowaniu cukru i ewentualnym reagowaniu (co w przypadku dziecka z najnowszej generacji pompą z CGM - odsyłam do wujka Googla  - jest kwestią naprawdę wymagającą jedynie niewielkiego szkolenia), tak wypowiedzi kolejnego "eksperta od cukrzycy" spowodowały, że jakem cukrzyk to dziecka z cukrzycą bałabym się pilnować. 
W roli "eksperta od cukrzycy" wystąpił twórca jednej z grup internetowych. Grup "wsparcia" a właściwie "wzajemnej adoracji". Pan, który o cukrzycy wie bardzo niewiele, o postępowaniu z dziećmi, a szczególnie z młodzieżą zdaje się (sądząc z jego wypowiedzi) wiedzieć jeszcze mniej. W każdym wypowiedzianym przez siebie zdaniu podkreślał, że cukrzyca typu 1 U DZIECI jest straszna, droga, jest koszmarem i dla dziecka i dla rodziców i są oni niesamowicie dyskryminowani przez państwo, społeczeństwo i zdaje się Myszkę Miki również. A mnie delikatnie mówiąc trafiał szlag. 
Już tłumaczę dlaczego: 1. podkreślanie, że cukrzyca jest kosztowna U DZIECI, to spora nadinterpretacja, bo w naszym kraju tak się składa, że to DZIECI mają refundowane pompy insulinowe i wkłucia do nich. Dorosły po 26. roku życia może sobie sam osobiście taką pompę nabyć - za własne pieniążki. Niebagatelne. 
2. Podkreślanie jakie życie z cukrzycą jest trudne, niebezpieczne i jak na każdym kroku delikwent może w każdej chwili zejść śmiertelnie - no cóż moi mili dziecka, stojącego nad grobem, gdzie każda chwila jest wyrwana z pazurów śmierci też bym bała się wziąć pod opiekę. I to mówię z pełną odpowiedzialnością - jako cukrzyk i kobieta. Nie dziwię się, że nauczyciele się boją, bo jeśli jeden z drugim do takiej grupy "wsparcia" trafi choćby przypadkiem i nie dostanie rzetelnej wiedzy, to każdy jest tylko człowiekiem i ma prawo się bać. 
Podkreślanie tych trudów życia z cukrzycą i ciągłych niebezpieczeństw, a także odbieranie odpowiedzialności za swoje życie i chorobę młodzieży (taak - 13-latek to już jednak młodzież), to strzelanie w kolano i sobie i dzieciom, bo nienauczone tego, że z tym się żyje, normalnie żyje (tudzież prawieżenormalnie), w dorosłym życiu zginą .... albo faktycznie tej dyskryminacji wreszcie doświadczą. Głównie dzięki nadopiekuńczym i nierozsądnym rodzicom.... 

niedziela, 8 października 2017

Dzisiaj nietypowo: Gościnny występ Kasi.

Szanowni   Państwo, 

Skrzywdziła ją osoba, która powinna ją kochać. Gdyby nie jej matka, nie byłoby jej na świecie. Gdyby nie jej matka, byłaby też zdrowa jak inne dzieci. Kiedy była w łonie matki, tam, gdzie powinna być bezpieczna, doznała niewyobrażalnej krzywdy, której skutki będzie odczuwała do końca życia. Po piętnastu latach okazało się, że za wszystkim stoi FAS, czyli alkoholowy zespół płodowy. Gdyby jej mama, kochała ją bardziej niż nałóg, Kasia mogłaby dzisiaj mieć swoją rodzinę, rozwijać się, podróżować i żyć tak jak każdy szczęśliwy człowiek.
Ktoś lekkomyślnie zdecydował za nią, że będzie inaczej, że nigdy nie stanie na nogi, że będzie kalekim, leżącym dzieckiem, które nigdy nie wypowie słowa, które umrze w zapomnieniu w smutnej sali jakiegoś obskurnego domu opieki. Matki Kasia nigdy nie poznała, zmarła, zanim mogła w ogóle zobaczyć, co zrobiła z życiem swojego dziecka.
Dziś staje do kolejnej walki o życie. Tym razem na jej drodze staje jeszcze większe zagrożenie – cukrzyca. Porażenie Mózgowe sprawia, że skoki cukru są niewyczuwalne i mogą ją zabić dosłownie w każdej chwili...

Kasia przyszła na świat, choć nikt o niej nie marzył, nikt też specjalnie na nią nie czekał. Urodziła się inna, słabsza, pokrzywdzona, z porażeniem mózgowym, malutka zaledwie 900 gramów – mniej niż torebka cukru. Nikt nie dawał szansy na żadnym etapie jej życia. Ona jednak pięła się do przodu, łamała schematy, odraczała wyroki. Nikt nie dawał jej szansy na przeżycie, a ona wciąż jest, żyje, doświadcza tego życia, mało tego, zdążyła je pokochać. Miała nie chodzić, nie mówić, a poprzez upór sama sprawiła, że dzisiaj możemy spotkać ją na spacerze, rozmawiać z nią całymi godzinami. Przez ten czas nie usłyszymy słowa skargi, nie wyczujemy w głosie smutku, czy rozgoryczenia...
Kasia mogłaby przeklinać rzeczywistość, zatracać się w smutku i przygnębieniu, ale wybrała prostszą drogę, taka zgodną z jej charakterem – zaakceptowała rzeczywistość i jak sama mówi, miała w życiu więcej szczęścia niż pecha. "Małżeństwo, które wcześniej adoptowało mojego starszego brata, zabrało i mnie do siebie. Wszyscy się dziwili, bo po co komu niepełnosprawne dziecko? Nie mogłam trafić lepiej. Dziś mam 31 lat. Moi rodzice musieli wówczas zdecydować, czy dadzą radę się mną opiekować. Wymagałam ogromnej pracy, zaangażowania, miłości, a efekty były jedną wielką niewiadomą. Moim rodzicom pomogła modlitwa" – opowiada.
Często słyszeli, że chore dziecko zniszczy ich życie. Nie poddali się. Jest drugim z czwórki adoptowanych przez nich dzieci. Rodzice wspominają, że kiedy miała dwa latka, zamiast radośnie biegać i mówić pierwsze słowa, leżała tylko w swoim łóżeczku. Nie wie, czy tak bardzo była chora, czy może tak bardzo cieszyła się, że ma to własne łóżeczko. "Moi nowi rodzice, zrobili w życiu coś, co nie mieści się w głowie. Zaopiekowali się kalekim dzieckiem, pokochali je, walczyli o sprawność i godne życie w przyszłości" – dodaje. Kasia przeszła godziny rehabilitacji, a pracowała jak tytan, nigdy nie marudząc, nigdy nie szukając wymówek.

Rozwój fizyczny, neurologiczny, ruchowy – Kasia ze wszystkim pozostawała w tyle. Szybko zrozumiała, że jeśli teraz nie zacznie gonić, całe życie spędzi przykuta do łóżka. Wysiłek fizyczny jest z nią do tej pory, w każdej sekundzie  życia. Podczas ubierania się, czy nawet podczas zwykłej zmiany pozycji ciała, często wymaga pomocy drugiego człowieka. Prosi jednak bardzo rzadko i zawsze najpierw próbuje sama. Stara się być samodzielna i niezależna. Pomaganie innym daje jej najwięcej radości, tylko to, co robi dla innych, jest tak naprawdę ważne. To pozwala jej czuć, że jest komuś potrzebna, że ktoś na nią czeka, a jej wysiłek, czas komuś poświęcony przynosi ulgę, uśmiech, zadowolenie. Szczęście różnie się objawia, a Kasia swoje znalazła.
Obecnie jest aktywna zawodowo, współtworzy radio internetowe „Czatowa Nuta”, pomaga także jako wolontariuszka. "Mimo że mam cukrzycę, dziecięce porażenie mózgowe i FAS (alkoholowy zespół płodowy) - staram się żyć pełnią życia na miarę swoich możliwości, udało mi się skończyć kurs wprowadzenia do psychologii, organizowany przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne i Uniwersytet Warszawski, oraz kurs pierwszej pomocy przedmedycznej.
Ukończyłam internetową szkołę o specjalności promotor zdrowia z dieto-profilaktyką."
Oprócz alkoholowego zespołu płodowego i dziecięcego porażenia mózgowego zdiagnozowano u Kasi również cukrzycę. Organizm wszedł w stan ketozy, czyli zatrucia od obecności ciał ketonowych. Nagłe skoki poziomu cukru we krwi są bardzo niebezpieczne. Jedynym wyjściem jest praca aparatu pomiarowego Guardian Real Time, który nieustannie monitoruje stan glukozy w organizmie. Miesięczne korzystanie z tego urządzenia to koszt ponad 800 zł – tyle bowiem kosztują elektrody enzymatyczne na 30 dni – za dużo...

Narodowy Fundusz Zdrowia odmówił refundacji wydatków. Nie przewiduje on refundacji na osprzęt do ciągłego monitorowania glikemii. Konieczna jest także rehabilitacja metodą PNF – stabilizuje ona cukier we krwi i zmniejsza napięcie mięśniowe, przez co daje szansę na samodzielność.
"Pracuję zawodowo, zdalnie z domu przez internet na 1/2 etatu i jako wolontariusz, nie skarżę się, chociaż jest mi ciężko. Zdaniem lekarzy prowadzących mnie jedyną drogą jest stale monitorowanie glikemii, regularna  praca z psycho–diabetologiem i rehabilitacja neurologiczna, uwalniająca napięcia mięśniowe, a to wiąże się z kolejnymi kosztami, których na dłuższą metę nie jestem w stanie pokryć" – opowiada ze smutkiem.
"Nie chcę być ciężarem dla ludzi, którym przecież zawdzięczam  wszystko, dlatego proszę Was o pomoc, w walce z cukrzycą. Nie złamały mnie wszystkie schorzenia, które mam, dlatego będę walczyła też z cukrem w mojej krwi. Proszę Was o pomoc. Choć to nie dla każdego będzie oczywiste, kocham swoje życie, chcę, żeby trwało jak najdłużej – to jedyne co mam. Nie można przecież umierać przez całe życie...
MOŻNA   TEŻ   WYSŁAĆ    SMS  :
Numer 72365
Treść S6817
Piszę do państwa z zapytaniem czy można na waszym fp bądź stronie udostępnić informację o mojej akcji Prowadzonej przez fundację osobom niepełnosprawnym słoneczko , której - jestem podopieczną . link do mojej akcji : https://www.siepomaga.pl/kasialisz Dziękuję za każde wsparcie i wasze udostępnienia
Z wyrazami Szacunku :
Katarzyna Liszcz

piątek, 18 sierpnia 2017

To, że nie lubię kwiatków wcale nie jest prawdą!

Uważam jednak, że nawet najpiękniejszy bukiet nie uratuje toksycznego związku. Czy taki związek w ogóle należy ratować to kwestia zupełnie inna - nie na dzisiaj.
"Przez tydzień było cudownie - wspaniały mąż i ojciec, a potem wszystko od nowa" - znacie to? Z widzenia, z autopsji, z opowieści? Chyba każdy zna - i patrzy z politowaniem na osobę, wygłaszającą to magiczne zdanie (niezależnie z boku czy z lustra), bo kiedy to mówimy - sami nie wierzymy, że znowu daliśmy się na to nabrać. 
"Bo on się tak bardzo starał" - serio? Tak bardzo, że wytrzymał tydzień/dwa/miesiąc? Bo kupił kwiatka/pierścionek/willę z basenem/rollsa (no dobra - ta willa z basenem prawie by mnie przekonała)? A potem zrobił kolejną karczemną awanturę, trzasnął drzwiami, strzelił focha? I zniknął w chmurze wyzwisk i pretensji, właściwie bez konkretnego powodu. 

Z czasem dochodzę do wniosku, że w związku wcale o te starania nie chodzi - bo starania to coś, co w końcu się wypala. Nie da się starać non-stop. Bo z czasem po prostu brakuje siły. W związku chodzi o to, żeby być - być towarzystwem, oparciem, niekiedy też cerberem i tym "całym złem świata", ale być. Wkurzyć się, pokłócić, trzasnąć drzwiami, ale być - wrócić i nie jątrzyć przez wieki jednej sprawy - znaleźć inne tematy, powody do walki, nawet kolejnej awantury. Ale być razem - w tym całym bałaganie, którym jest życie. 

Ja jestem bardzo nieidealna - każdy, kto mnie zna wie o tym doskonale. Mam humory (niekiedy na granicy histerii - a czasem nawet poza nią), jestem kłótliwa, apodyktyczna i trudna we współżyciu. On jest równie nieidealny jak ja - często nie wie czego chce, kłóci się ze mną pół na pół i do tego wszystkiego myśli, że ma rację. A przecież wiadomo, że rację zawsze mam ja. Ale jesteśmy. 


"Nigdy więcej Cię nie skrzywdzę" - największe kłamstwo, jakie można komuś bliskiemu powiedzieć. Bo, kiedy nam na kimś zależy z wzajemnością, to na pewno jakąś krzywdę kiedyś mu wyrządzimy - oby nie celowo, ale jednak.... pytanie czy potem da się to jakoś naprawić, wyprostować, ogarnąć i dalej być, bo jeśli tak - warto, jeśli nie - szkoda czasu.

Kfiatki są fajne - autentycznie lubię je dostawać, a gdyby tak ktoś chciał mnie uszczęśliwić, to uwielbiam frezje.... Tylko, że te kwiatki niczego tak naprawdę nie naprawią: to, co się spieprzyło trzeba odbudować i nie załatwi tego roślinka... tydzień "starań" też nie. Szczególnie jeśli ten tydzień upłynął na przykład w sielankowej atmosferze niezmąconego szczęścia - i nawet wtedy, ten "starający się" dochodzi do wniosku, że to "nie jego życie"...  A jak coś naprawić - to już trzeba sobie samemu wymyślić...

czwartek, 3 sierpnia 2017

Czasem się wstydzę bycia cukrzykiem...

I żeby nie było nieporozumień - nie wstydzę się swojej cukrzycy. Ot choroba - da się żyć, wstydzić się nie ma czego.

Już tu nieraz wspominałam, że i podróżuję, i pracuję, i kocham, i się kłócę, filmy oglądam, książki czytam i robię milion zwykłych rzeczy jak większość niecukrzyków. I prawdę mówiąc większych problemów z tą moją "zarazą" nie mam.

Czytam tu i tam, że cukrzycy są dyskryminowani - słowo daję, przez 5 lat nie spotkałam się z takim zjawiskiem na swojej osobie. Przeciwnie - z kim bym nie rozmawiała, spotykam się z życzliwością, ewentualnie (właściwie zbędnym) współczuciem. Ot i tyle. Trzeba na campingu skorzystać z lodówki? Proszę uprzejmie - normalnej nie mamy, ale schowamy Ci insulinę między coca-colę. Da się? Da się.

Cukier mierzę gdzie popadnie, insulinę podaję publicznie - nikt nigdy nie miał do mnie o to pretensji, ba - nawet nigdy nie skomentował, a i nie umiem sobie przypomnieć żeby ktoś specjalnie zwracał na mnie w tej sytuacji uwagę. Może właściwie powinnam mieć pretensje o znieczulicę społeczeństwa?

Dlaczego wstydzę się bycia cukrzykiem? Bo ostatnio zapanowała moda wśród nich na robienie z siebie pokrzywdzonej przez los ofiary. Bo w knajpach nie ma podanych WW i WBT (no cóż - ja dziabię wówczas na oko i koryguję w razie potrzeby, polecam - ciągle żyję, mam się dobrze, wyniki ok) - płacz i zgrzytanie zębów, bowiem każdy restaurator powinien wszak wiedzieć, że może w jego progi zawitać osobnik z CT1 i nie będzie umiał sobie insuliny policzyć (tak statystycznie dla przypomnienia, to stanowimy sobie dumne 10% wszystkich cukrzyków). Straszne i tyle.

Co poza tym tak straszliwie dręczy moich "współplemieńców" - nieodróżnianie CT1 od CT2 - zainteresowanych odsyłam do wujka googla - wyjaśni w czym rzecz. Ja tylko przyznam się bez bicia, że zanim zachorowałam o cukrzycy wiedziałam mniej więcej tyle: istniej, wymaga podawania insuliny albo i nie, są dwa typy. Koniec mojej wiedzy na ten temat. O tarczycy, celiakii i innych chorobach, które mnie nie dotyczą osobiście na dzień dzisiejszy wiem raczej równie mało. I jakoś koleżanki z Hashimoto nie są z tego powodu na mnie jakoś szczególnie obrażone. W razie czego wytłumaczą.

No i wisienka na torcie, za którą pewnie ktoś mnie od czci i wiary odsądzi szybciej niż bym chciała. Młodzież cukrzycowa. Hołubiona przez rodziców, których  nikt na świecie nie jest w stanie zrozumieć. Rozpuszczana do granic możliwości i chroniona najdłużej jak to możliwe przed wzięciem odpowiedzialności za siebie i swoją chorobę. Koronny argument, który niestety kiedyś ktoś na poważnie przytoczył: "na insulinie jest napisane <<chronić przed dziećmi>> , więc do 18r.ż. młodzież nie powinna sobie sama z cukrzycą radzić." Specjalnie piszę "młodzież" bo mam na myśli dzieciaki gdzieś od (powiedzmy) 13 roku życia w górę, których rodzice uważają, że są kompletnie niezdatne do samodzielnego w swojej chorobie funkcjonowania ( i niee - nie te świeżo zdiagnozowane "przestraszeńce" - to inna bajka). Te same, które w tym wieku potrafią już eksperymentować z czym popadnie, niebawem zaczną z kolejnymi "dorosłymi sprawami", ale na zmierzenie sobie cukru są dalej za malutkie.

I tak dalej, i dalej - i coraz więcej żądań i problemów. Z założenia, że "mi się należy" - i właśnie dlatego czasem mi po prostu wstyd...

Aaaa - tak na marginesie - możliwe, że świat nie robi mi problemów z tytułu mojej cukrzycy, bo ja sama nie traktuję jej jak jakiejś tragedii?

piątek, 30 czerwca 2017

Z dzieckiem? Bez dziecka? Razem? Osobno?

Natchniona spacerkiem w tempie leniwym po ogrodzie botanicznym w towarzystwie zaprzyjaźnionego Batmana (który akurat jest Dziewczynką), jego Mamy i mojego Ukochanego zaczęłam rozważać temat mobilności z Maluchem.
Dzisiaj rano natrafiłam na mocno zjadliwy tekst na temat karmienia piersią: jak to matki (czy madki?) "wywalają obślizgłe cyce" na środku alejek w marketach i domagają się prawa nakarmienia swojego potomstwa. No cóż - nasz Batmanek też w pewnym momencie poczuł pustkę w brzuszku (mały brzuszek to wiadomo - na długo nie wystarczy) i oznajmił światu swoje nieszczęście. Nakarmiony został dyskretnie, na ławce, w miejscu publicznym acz nie eksponowanym, w pięknych okolicznościach przyrody. Szczerze - Mama Batmanka nie zwracała na siebie specjalnej uwagi - a jak sama zauważyła, to mój dekolt bardziej eksponował to i owo (a i tak mieścił się w granicach przyzwoitości) niż jej karmienie. Można? Pewnie, że można - potrzeba tylko wyczucia, a przede wszystkim chęci.
Poczytuję ostatnio o strefach wolnych od dzieci - knajpach, hotelach itd. I pod każdym z takich artykułów czytam oburzone wypowiedzi rodziców, ale że jak to? Że z dzieckiem nie wolno?! Ano. Uwielbiam dzieci - żeby to było jasne - jest to dla mnie jedna z najpiękniejszych życiowych przygód. Rozumiem zachwyt rodziców nad własnym potomstwem (tak mi się przynajmniej wydaje, bo póki co zachwycam się jedynie cudzym) i chęć przychylenia im nieba. Ale - no właśnie - nie każdy musi dzieci uwielbiać, mało tego - nawet ten, kto normalnie je uwielbia nie musi chcieć wszędzie spędzać z nimi czasu.
Restauracje wolne od dzieci? Oczywiście. Takie, w których Pan Prezes z Panem Menadżerem spokojnie zjedzą biznesowy lunch albo inne coś-tam, a jakaś para spokojnie odbędzie randkowy rytuał - bez maluchów biegających między stolikami, domagających się uwagi i tak dalej.
A właśnie - czy w ogóle zabierać dzieci do restauracji, sklepów, gdzieś-tam-jeszcze? Oczywiście, że tak. Jestem tego zdeklarowaną orędowniczką.  Moja Babcia była zdania (a ja się z nią zgadzam), że cywilizowany człowiek powinien umieć się zachować w różnych sytuacjach, a żeby umieć, to musi się nauczyć. Zabierała nas więc i do restauracji, i do teatru (oczywiście na spektakle dostosowane do wieku) i do muzeów (to głównie dziadek) i w przeróżne miejsca. I żyjemy - nauczyliśmy się zamawiać jedzenie, korzystać ze sztućców i nie hałasować papierkami w teatrze. Da się? Da się. Tylko, że kiedy Rodzice czy Dziadkowie zabierali nas ze sobą, to pilnowali, żebyśmy nie zachowywali się jak zwierzątka wypuszczone z klatki pierwszy raz od 20 lat.
Doskonale rozumiem, że dziecko w restauracji może się nudzić - sama niejednokrotnie mam dość czekania na zamówienie. Tylko, że tak jak ja, będąc z kimś zajmuję czas rozmową, a jedząc samotnie zabieram czytadło albo inny czasowypełniacz, tak dziecku tym bardziej trzeba rozrywkę zapewnić. Z reguły wystarczy kawałek kartki i coś do bazgrania, bajka na telefonie, zabawa w zgadywanki - doprawdy cokolwiek. I dzieć na pewno nie będzie biegał, hałasował, zaczepiał ludzi i stwarzał zagrożenia.
I jak uważam, że większość dzieci można zabrać do restauracji czy w ogóle gdziekolwiek, to całkiem spora grupa rodziców się do tego nie nadaje. Bo, Kochane Mamy, jeśli chcecie spotkać się z przyjaciółką na dwie godziny i spędzić je tylko na rozmowie, to dziecko zostawcie jednak pod opieką Tatusia (Babci, Cioci, Niani, Przechowalni Maluchów, etc) a nie puśćcie samopas w kawiarni, gdzie nie dość, że będzie przeszkadzać mniej cierpliwym, to jeszcze może sobie jakąś krzywdę wyrządzić. Kochani Rodzice - jeśli macie ochotę na randkę we dwoje - zapewnijcie Maluchowi opiekę na te 2h, a sami rozkoszujcie się swoim towarzystwem, nie wymagając od obsługi restauracji pilnowania Waszego Słodkiego Maleństwa, ściągającego na przykład obrusy ze stolików. A jeśli wybieracie się gdzieś z dzieckiem - po prostu zapewnijcie mu zajęcie - bo "niegrzeczne" są tylko dzieci, które się nudzą... A za to odpowiadają wyłącznie ich opiekunowie.

wtorek, 20 czerwca 2017

Ze wszystkich idiotycznych powodów, dla których jest się samemu...

... uznanie cukrzycy za powód samotności jest chyba najdurniejszym. Jak powszechnie (lub nie) wiadomo, choruję sobie (tudzież funkcjonuję raczej z cukrzycą) od jakiś pięciu lat. 
I w tym czasie zdążyłam: rozprawić się z nieudanym małżeństwem, przeżyć fascynujące zauroczenie absolutnie niewłaściwym facetem i znaleźć ... no powiedzmy, że tego WŁAŚCIWEGO. Pomimo (?) cukrzycy.

A właściwie to obok tej tam, bo prowadząc życie towarzysko-uczuciowe, akurat raczej inne sprawy zajmowały mnie intensywniej, mocniej, przyjemniej. I nie - nie ukrywałam "słodkiej przypadłości" przed nikim, kto się mną interesował. Bo i po co? 

Tu i ówdzie czytam, że ten i ów stracił partnera, przyjaciela, znajomych, bo CUKRZYCA. Szczerze i uczciwie - chyba w takim razie mam nieziemskie szczęście do ludzi, bo póki co jeszcze nikt nie wpadł na to, żeby zerwać ze mną kontakt z tego tytułu - ze względu na wredny charakter albo inne wątpliwe zalety - owszem. Jak to w życiu.

Czy cukrzykowi trudno jest znaleźć "drugą połówkę"? A komu u licha jest łatwo? Bycie z kimś samo w sobie jest piekielnie trudne, bo jakby nie patrzeć, wymaga dostosowania się (przypominam: z OBU stron) - i tylko i aż tyle. 

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Miałam popełnić notkę.

Pętając się po kuchni, robiąc herbatę i ogarniając przy okazji zmywarkę, bardzo intensywnie myślałam, co napiszę. Pomysły (oczywiście genialne) kotłowały się jeden za drugim. W ilościach iście hurtowych. Usiadłam do klawiatury ... i pustka. Wyparowały cholery. Co do jednego.

Siedzę więc sobie ze stygnącą herbatą z pokrzywy, zerkam na głupawe romansidło z wybotoksowaną główną bohaterką i wyzywam na wenę, która tradycyjnie poszła w diabły i zostawiła mnie samą. Ot życie. 

A życie płynie sobie, rzucając pod nogi więcej kłód niż kwiatków. Tu awaria samochodu, tam wizyta u lekarza. Okazjonalnie spacerek w okolicznym parku. Zdecydowanie przedkładam spacery nad awarie. 

Dzisiaj obijam się - łażę z kąta w kąt i kombinuję co zrobić, żeby nie robić niczego. Zdążyłam pomarudzić, ponarzekać i wypić herbatę. Nie ma to jak pożytecznie spędzony dzień. Bo przecież trzeba dni spędzać pożytecznie, bo nieróbstwo to w naszych czasach grzech śmiertelny. Bo rozwój, aktywność i inne tego typu bzdety nade wszystko. Nie wierzycie? Pierwszy z brzegu internetowy guru od samorozwoju Wam to powie. 

A ja dzisiaj mam  to w nosie. Popatrzę na góry w telewizorze, na wybotoksowaną Sammy Jo z Dynastii...20 lat później. I może pomaluję paznokcie? Bo chwilowo nie mam weny na nic więcej.

piątek, 10 lutego 2017

Czego nie robi się z miłości ...

Zimowy, noworoczny urlop spadł na mnie jak grom z jasnego nieba - no prawie. Zaplanowany był i jeszcze do tego przesunięty, a właściwie to zimowe warunki pogodowe spadły na mnie jak skrzyżowanie smogu ze śnieżycą. 

Ukochany mój, jako istota z natury (nad)aktywna umyślił sobie wykorzystanie nietypowych jak na początek stycznia śnieżnych uroków i namówił na wycieczkę na pobliski stok narciarski. A stok narciarski mamy w odległości 10 minut od domu, więc faktycznie okazja sama się pcha w łapki.

Istotą jestem z natury mało ruchliwą, niespecjalnie sportową i zdecydowanie nieskoordynowaną ruchowo. Moja ciapowatość w tej dziedzinie jest powszechnie znana i nawet trudno mi się oburzać o jakiekolwiek żarty w tym temacie.

Sporty zimowe jako takie, stanowią dla mnie źródło lęków, a przynajmniej niepokoju. Jak jeszcze narty jestem w stanie logiką ogarnąć, tak przymontowanie pojedynczej deski do dwóch (DWÓCH) nóg na raz, stanowi dla mnie wizję bliską krowie spętanej, celem ograniczonego przemieszczania się po pastwisku. I tak - właśnie ze snowboardem miałam pierwszą przygodę tej zimy.

Namówiona przez Ukochanego (przecież to nie jest trudne, dasz radę, ja Ci pomogę), wykazałam się niesamowitą (jak na mnie) odwagą i wypożyczyłam sprzęt. Ukochany wykazał się niesamowitym optymizmem i wykupił nam karnety na wyciąg - nadmierny był to optymizm.

Na główny stok wylazłam - owszem... nawet udało mi się (przy pomocy oczywiście) wstać i ... no powiedzmy, że dojechać do dołu, lądując na odwrotnej stronie swojej osoby raptem 6 razy. A potem raźnym krokiem powędrowałam na oślą łączkę. I tam już zostałam.

Prawdę powiedziawszy to i na owej oślej łączce miałam śmierć w oczach - szczególnie, kiedy uświadomiłam sobie, że to przymontowane do nóg coś nie posiada w standardowym wyposażeniu takiego detalu jak hamulce. Metodę zatrzymywania się, owszem, opracowałam. Niestety - metoda daleka od doskonałości spowodowała ubarwienie odwrotnej strony mojej osoby abstrakcyjnym fioletowym wzorkiem. Po dwóch tygodniach udało mi się usiąść bez skrzywienia. Brawo ja.

Żeby oddać sprawiedliwość Ukochanemu - starał się bardzo i nawet, dzięki jego pomocy, udało mi się kilka razy zabójczą pochyłość oślej łączki przebyć (nawet bez konieczności wykorzystania "zadniego hamulca") w miarę bezpiecznie, z nieznacznymi tylko efektami dźwiękowymi w rodzaju "jaaa juuuż nieee chcęęę" i "zaaa szyyybkooo".

Nauka przyniosła efekty: potrafię stać na desce i siedzieć z deską na śniegu. Znajdować się w stanie pomiędzy poprzednio wymienionymi również potrafię. W pełni samodzielnie.

Po kilku dniach podjęłam próbę jazdy na łyżwach - ta skończyła się jeszcze szybciej. Łyżwy, owszem, przypięłam. Do lodowiska podeszłam. W głowie mi się zakotłowało, równowagę straciłam momentalnie i na tym moja kariera łyżwiarki figurowej się zakończyła.
Sporty zimowe - Karolcia 2:0.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Że ta ludzkość jeszcze nie wymarła to cud jakiś...

"W szkole rodzenia byłam i zajęcia z panią seksuolog były." - stwierdziła koleżanka, mająca w planie najbliższym powielenie się. "Miny mieli jakby słowo seks pierwszy raz usłyszeli". 

I tak sobie myślę, że chyba właśnie tak mogło być. Bo mimo, że seks atakuje z każdej strony, w formach właściwie coraz mniej subtelnych i coraz bardziej nachalnych to poziom wiedzy w dalszym ciągu leży, kwiczy i nawet na kolanka dźwignąć się nie potrafi. Bo o seksie się nie gada, nie rozmawia. To ciągle jeszcze wiecznie temat tabu.

Ludzie są leniwi - mimo ogólnej dostępności do wiedzy wszelkiej, uczyć się nie chcą. A potem dramat. Bo jak szczęśliwą ma być kobieta, która nie wie z czego się składa? Albo co do czego służy? Że o takim rozpasaniu jak sprawdzeniu co lubię a co mi się nie podoba życiowo w ogóle i unikać jak ognia należy? I jak się dowiedzieć, nie sprawdzając? 

"Bo oni nic nie wiedzą" - ano nie wiedzą... owszem - gadają niekiedy o seksie: najczęściej w kategoriach życzeń albo narzekań. Opowiadają sobie kłamstwa kto, ile razy, z kim i jak. A tak naprawdę? Majstrują te dzieci cichcem pod kołdrą, po ciemku, ewentualnie gdzieś w toaletach na dyskotekach przypadkiem. Nie zastanawiając się co, jak i po co. 

"Jak oni te dzieci zrobili?" dziwi się koleżanka. Ano - wszyscy wkoło robią, zrobili i oni - ot siłą rozpędu, niektórzy wręcz przypadkiem, bo wcale tego w planach nie mieli. Bo okazuje się, że prosta prawda, że jak się seks uprawia, to można jako skutek uboczny dziecko spłodzić to wiedza tajemna, nieznana szerszej społeczności i zakrawająca wręcz nawet na magię.

A tak naprawdę, nade wszystko wisi nad nami widmo wstydu i tego, czego nie wypada. Bo jej nie wypada mieć fantazji, a jemu spytać co jej sprawi przyjemność. Bo po co? Seks to prościzna i każdy sobie z nim poradzi... Prawda?


środa, 14 grudnia 2016

Dziewczyna z magnesu...i jej Chłopak.

Na mojej lodówce mieszka mnóstwo magnesów - każdy coś tam oznacza i skądś na tą lodówkę trafił. Jeden z nich jest bardzo szczególny. Dla mnie. Z czarno-białego zdjęcia patrzy na mnie zadziornie dziewczyna, młoda kobieta w bluzce z kołnierzykiem i ... motocyklowych goglach. Włosy ma odgarnięte do tyłu, a na ładnej buzi minę z rodzaju "no i co mi zrobisz?". 
To zdjęcie jest stare - według moich obliczeń ma dobrze ponad 50 lat. Dziewczyna bardzo młoda, podobnie jak chłopak, który tę chwilę i tę minę uwiecznił, do którego to spojrzenie i uśmiech były skierowane.
Poznali się na "obowiązkowej imprezie", na którą zagnano młode pielęgniarki z internatu i strażaków, będących w stolicy na praktykach - taka była wtedy moda, żeby integrować młodzież, szczególnie ze środowisk raczej tradycyjnie jednopłciowych. Ona w ogóle na  tą imprezę się nie wybierała: właśnie skończyła dyżur, nie chciało jej się szykować, czesać, wymyślać stroju... W końcu poszła - w bluzce "tył na przód" bo tak sobie wymyśliła... Miała niewiele ponad 20 lat i mnóstwo tupetu, ładną buzię i szczupłą sylwetkę, przez którą przezywano ją bocianem. 
Ponoć wypatrzyła go od razu - na wejściu. Stał w mundurze z paskiem od czapki pod brodą (ponoć oznaką, że na służbie, warcie czy coś). A ona sobie wymyśliła, że ładny i że tylko z tym zatańczy. I zatańczyła - widać wrażenie zrobiła i ona, bo wartę przekazał koledze i poszedł tańczyć z tym chudzielcem w bluzce "tył na przód".
Potem były randki w warszawskich parkach... i nauka jazdy na motorze - miał jakąś shl-kę czy innego junaka? Nie pamiętam - już się nie dowiem. Ponoć nawet jedne buty stracił, bo za mocno i szybko dodała gazu przy ruszaniu - jak szarpnęło tak podeszwy odpadły. Były zdjęcia - i ten jej uśmiech i wielkie okulary. Czy już wtedy wiedziała, że to do niego będzie uśmiechać się jeszcze przez 40 lat?
Pobrali się i wynajęli pokój - i kolejne zdjęcia: nad miską z obieranymi ziemniakami i z tym samym zawadiackim uśmiechem. Potem Ona urodziła syna - i moja ulubiona fotografia: biały wózek na wielkich kołach i On w skórzanym płaszczu i kapeluszu. Później przeprowadzki, kolejne dziecko... życie. Wzloty i upadki. I przez te wszystkie lata razem.
Mieli skrajnie różne charaktery - On spokojny, zrównoważony (nooo przynajmniej prywatnie, bo w pracy ponoć wybuchowy był, ale o tym nie miałam okazji się przekonać), Ona "postrzelona", trochę szalona, wybuchowa.
Przeżyli razem chwile naprawdę trudne - takie, po których ciężko się pozbierać, ogarnąć, zostać. Dali radę.
Odszedł pewnego zimowego poranka prawie 17 lat temu, Ona jeszcze przez 11 lat tęskniła za nim... a potem - no cóż - jeśli istnieje coś "po" i jakaś sprawiedliwość, to znowu są razem, a ona dalej testuje jego cierpliwość.
On zaraził mnie miłością do jeżdżenia, zwiedzania, zbierania wspomnień... i zdjęć, Ona nauczyła, że ludzie są zawsze ważniejsi niż jakiekolwiek przedmioty. Dzięki Niemu potrafię przylutować diodkę, a po Niej mam wybuchowy, gwałtowny charakter... Ona nauczyła mnie, że nie ma imprezy bez jajek w majonezie, a On do znudzenia, z anielską cierpliwością tłumaczył mi fizykę i wywoływał zdjęcia... i spał w namiocie u pradziadków na podwórku, bo tak było ciekawiej.
A teraz, dla dorosłej mnie są dowodem, że miłość istnieje - istniała już wtedy w spojrzeniu tej Dziewczyny z Magnesu. Mojej Babci.

poniedziałek, 31 października 2016

Czy ja wspominałam, że lubię gotować?

Bardzo lubię - szczególnie wtedy, kiedy nie muszę. Kiedy jednak zestaw okoliczności zmusza mnie do podjęcia wysiłków na polu kulinarnym, można być pewnym, że przez moją kuchnię i mieszkanie przetoczy się seria katastrof rodem z dreszczowców o końcu świata. Tak jest zawsze. Ot - prawo natury.

Oczywiście w sytuacji, kiedy jedzenie szykuję dla siebie, względnie dla ludzi, których karmię raczej często (Ukochany Współlokator i Ulubiony Kolega najczęściej), wszystko (lub prawie) się udaje. Krem się rozwarstwia, ciasto nie ma zakalca, mięsko nie wysycha. Jest cudnie po prostu.

Jakieś półtora tygodnia temu, jak grom z jasnego nieba, całkiem niespodziewanie spadła na mnie radosna wiadomość, że w sobotę na obiedzie będziemy gościć znajomych Współlokatora i razem świętować Jego urodziny. Oczywiście wiadomość ta opakowana została w uśmiech i typowo męskie stwierdzenie "zrobisz jakieś mięsko, ziemniaki i będzie ok".  Rozstąp się ziemio i pochłoń - nie mnie - jego, zanim oczka wydrapię. Gniew mój był adekwatny do sytuacji (skrzyżowanie smoka wawelskiego z Hulkiem), no ale jak już zaprosił tych gości, to jednak trzeba by było ich nakarmić.

Zgodnie z wszelkimi prawami wszechświata w kuchni nie szło mi nic. Pierwszy biszkopt (taak - tort wymyśliłam upiec) nie dość, że się nie dopiekł (wnioskuję, po wydobywającym się z niego chlupotaniu, w trakcie wyciągania gada z piekarnika), to jeszcze składał się wyłącznie z mordoklejkowego zakalca - śmiało można nim było uszczelniać cokolwiek. Drugi wyglądał ciut lepiej (i jego szczęście, bo na trzecie podejście brakłoby mi jajek), jedynie przy wyjmowaniu miksera z miski, urządzenie mi się zbuntowało i postanowiło się włączyć. Samo. Kto kiedykolwiek używał tej diabelskiej machiny, wie czym taka samowola skutkuje... No cóż - konieczność mycia siebie, ścian, blatów i podłogi litościwie przemilczymy po prostu. Tak samo jak brak jakiejkolwiek współpracy ze strony kremu, który wyszedł... no cóż... kosmaty. W życiu nie wyszedł mi tak brzydki tort. Zdjęcia nie wstawię, bo nawet fotogeniczny był.

Ciasto z dynią - udaje się zawsze. Nie ma opcji, żeby nie wyszło. Pod warunkiem, że akurat nie wpadnie się na pomysł ulepszenia nadzienia rodzynkami, które odrobinkę źle zniosą obecność w warunkach piekarnikowych.

Nawet sałatka z makaronem (robiona przecież setki razy) postanowiła się zbuntować (znaczy bardziej makaron niż sałatka) i niekoniecznie być taka, jak to sobie wymyśliłam. No doprawdy frustrujące.

Oczywiście dzień obiadu też obfitował w małe i większe katastrofy i tylko dobrowolna interwencja Sąsiadki uratowała mnie przed nakarmieniem gości surowymi ziemniakami... no ewentualnie wystąpieniem w dresie, przysypanym mąką i uciapranym Bóg-Jeden-Wie-Czym. Taak - dobra organizacja czasu to podstawa. 

Żeby było zabawniej - impreza się udała, obecność trójki dzieci poniżej trzeciego roku życia była wyzwaniem, które też (dalej nie wiem jakim cudem) dało się ogarnąć, a tort (ten kosmaty) zjadł się w całości. I nawet nikt się nie otruł. Nooo sukces. I dalej lubię gotować - jak nie muszę.

wtorek, 18 października 2016

Waśnie w świecie baśni... znowu wessało mnie w serial...

Ostatnimi czasy mój system odpornościowy powiedział, że ma mnie dość, poszedł sobie i zostawił mi najpierw megakatar i przeziębienie, a potem anginę. Tym oto sposobem nieziemsko znudzona i coraz bardziej zniecierpliwiona zostałam najlepszą przyjaciółką swojej kołdry, poduszki i ...czasozabijaczy. 

Lubię historie - szczególnie takie z hepiendem - pewnie dlatego, że mam świadomość, że w życiu zdarza się on bardzo rzadko. Od dawna (a może od zawsze?) lubię bajki, baśnie, legendy i mity, a znając te moje "bziki", więc Mój Malutki Braciszek zaproponował mi dwa seriale. 

"Once upon a time" - tak zaczynają się bajki w krajach anglojęzycznych, czyli po naszemu "Dawno dawno temu". Sprawdzona metoda połączenia świata współcześnie realnego z krainą baśni, w której stało się coś strasznego (czyli paskudna królowa rzuciła okropną klątwę) i  tutaj zdała egzamin. No prawie. 

Pomieszanie z poplątaniem: Śnieżka strzela z łuku (również do Księciunia), Kopciuszek podpisuje umowę z niejakim Rumpelsztykiem, bo jej chrzestna wróżka poległa w trakcie pełnienia służby, Kapturek jest wilkiem, a Bella zakochuje się w Złym Czarnoksiężniku... i tak dalej i dalej i dalej... Wyjątkowo "zakręcone" towarzystwo. A potem Zła Królowa rzuca klątwę i wszyscy przenoszą się to strasznego świata pozbawionego magii - czyli do Maine w USA. Jedyną nadzieją na złamanie klątwy i ocalenie tego bajkowego towarzystwa jest córka Śnieżki i Księciunia, która została wysłana do USA tuż po urodzeniu. Wbrew pozorom ogląda się to naprawdę przyjemnie. Akcja wciąga, postaci zaskakują i co chwilę wychodzą na jaw nowe relacje i zależności. Przyjemnie. Prawie.

Często jest tak, że postaci pozytywne są nudne, przewidywalne i nieciekawe, ale tutaj niestety twórcy przeszli samych siebie. Żeby nie było niesprawiedliwie - okropnie irytujący i pozbawieni choćby podstawowych umiejętności logicznego myślenia są tylko Śnieżka i jej Księciunio. Są słodcy, miliusi i doprawdy beznadziejni. Dawno nie czułam aż tak głębokiej niechęci do głównych bohaterów w jakiejkolwiek historii (może dlatego, że też staram się takich historii unikać). Szczególnie niezmącone myślą oblicze Śnieżki drażni mnie nieziemsko. Naiwność obojga i kompletna bezrefleksyjność - po prostu para półgłówków. Ale nic to - przeżyję. Odrobinę mniej, ale jednak, irytuje mnie wnuczęcie Śnieżki, sprawca całego zamieszania, syn Wybawczyni czyli 10-letni Henry, ale on jest zdecydowanie do przeżycia.

Pozostali bohaterowie wynagradzają tą mękę. Zła Królowa i Rumpelsztyk okazują się nie tylko być nie do końca tacy podli, na jakich wyglądają, ale także mieć naprawdę solidne powody do wybrania takiej, a nie innej drogi. Emma czyli Wybawczyni jest bystra, sprytna, odważna, zadziorna i charakterna (jakim cudem, po takich rodzicach??)... i zdecydowanie mniej słodka od uroczej dr Cameron z "House'a". 

Podoba mi się ta bajka - takie przypomnienie tego, za czym tęsknimy, co nas cieszyło i straszyło, kiedy byliśmy mali... Więc idę oglądać dalej, skoro jeszcze mogę się polenić przez dwa dni.

poniedziałek, 3 października 2016

Tematy zastępcze, czyli jak zostałam abortystką, lewakiem i feminazistką.

Tworzy się ustawa z projektu obywatelskiego. Cudna po prostu - kontrowersyjna, niedopracowana, pełna błędów i pola do nadużyć... a w efekcie martwa. Ustawa, która efekt odniesie odwrotny od zamierzonego (bo zakładam, że Panowie i Panie, którzy ją tworzyli chcieli jednak dobrze). 

Ustawa rzekomo ma na celu zmniejszyć ilość przeprowadzanych w naszym kraju aborcji. Fajnie. Jestem im przeciwna, nie uważam, żeby były właściwą metodą na pozbycie się problemu, jakim dla kogoś jest niechciana ciąża. Tylko... tylko, że ta ustawa nic w tej kwestii nie zmienia. Bo aborcje, które trzeba i należy zwalczać to te, które są stosowane jako forma "antykoncepcji po" -  to one są rzeczywiście plagą i czymś okropnym, podłym...etc. I one zostaną. Bo ta kobieta, która w takiej sytuacji decyduje się na usunięcie ciąży zrobi to tak czy inaczej. Częściej inaczej czyli albo bardzo drogo albo bardzo niebezpiecznie (i oby wersja "drogo" była tą powszechniejszą). Tego nie zmienił ani całkowity restrykcyjny zakaz w latach pięćdziesiątych ani późniejsza liberalizacja przepisów... Tego nie zmieni też nowa ustawa. Jedyne, do czego doprowadzi to kolejne patologie - bo sformułowana jest w taki sposób, ze faktycznie strach będzie zajść w ciążę, bo nie wiadomo na jakie badania i czynności medyczne lekarz się odważy.... 

Jestem wielką fanką edukacji - szkolenia ludzi, szczególnie w kwestiach praktycznych. Za moich młodocianych lat był przedmiot "przygotowanie do życia w rodzinie" czy jakoś tak. Dowiedziałam się z niego, że w latach 80. w USA kręcili urocze filmiki z uśmiechniętymi nastolatkami trzymającymi się za rączki (szkołę skończyłam w jakimś 2002r) - słodkie ... i kompletnie bezużyteczne. Na temat seksu, antykoncepcji i rozsądku w korzystaniu z jednego i drugiego dowiedziałam się wszystkiego (lub prawie ;) ) od mojej Mamy. I chwała jej za to, bo z tych filmów o trzymaniu się za łapki nic nie wynikało. Niestety - edukacja w tej kwestii leży i kwiczy. I ciągle jeszcze mamy dzieciaki, które najwyraźniej nie widzą prostej zależności między uprawianiem seksu a zajściem w ciążę.

Aborcja jest ciężkim tematem - była i będzie. Jedna z koleżanek zarzuciła mi, że "szczekam nie proponując nic w zamian". Zaproponowałam - powiedziano, że nie będzie to skuteczne. Trudno. Nie szczekam - komentuję. Bulwersuję się niekiedy. Bo to moje prawo - jak każdego innego.

A teraz będzie zabawniej: mamy protesty, czarne marsze, białe dni i inne cuda. Sama zaangażowałam się w temat, bo uważam go jednak za istotny, ale... Ale nie samą aborcją nasz kochany parlament żyje i jak znam życie (a nie chce mi się chwilowo przekopywać internetów w poszukiwaniu aktualnych pomysłów P Premier i jej Bandy pod Wezwaniem) to znowu kombinuje przepchnięcie w międzyczasie paru ustaw, które skutecznie utrudnią nam życie i wyciągną pieniążki z portfeli. Bo temat aborcji bulwersuje zawsze i zawsze wywołuje dym, a nasi wspaniali "rządzący" doskonale wiedzą jak w tym dymie przepchnąć swoje wózki. 

Aaaa - nie jestem ani lewakiem (tak na marginesie: zwolenników obecnej władzy odsyłam do definicji poglądów lewicowych, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji "państwo opiekuńcze), ani abortystką ( jedynie realistką) ani na pewno nie feministką ... czy tam feminazistką (słowo: żadnego faceta jeszcze nie wykastrowałam, zarabiam mniej od swojego i naprawdę lubię jak się mną opiekuje)... i nie jestem też tak naiwna jak niektórzy, by wierzyć, że jakakolwiek ustawa zmieni ludzką naturę... I nade wszystko - lubię mieć wolną wolę i prawo podejmowania decyzji - szczególnie w kwestiach dla mnie życiowych.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Księżniczką jestem... no prawie...

Jako dziewczynka jak najbardziej typowa mam na koncie przeczytaną całą serię Ani z Zielonego wzgórza, "Dzieci z Bullerbyn", ze dwie i pół tony harlekinów i innych romansideł. Uwielbiam. A co? Nie wolno? Z umiejętności typowo dziewczyńskich naumiano mnie szydełkowania, gotowania, pieczenia... z szyciem, sprzątaniem i akwarelkami zdecydowanie gorzej. Ze sprzątaniem to właściwie u mnie jest zupełnie beznadziejnie. 

Sukienki noszę z upodobaniem. Buty na obcasie zdecydowanie z mniejszym, bo się z wiekiem wygodna nieziemsko zrobiłam i wolę jak mnie nogi nie bolą, chociaż dopuszczam okazje, kiedy BUT jest niezbędny (czyli najczęściej do sukienki, albo do dżinsów, albo coś). Kokardek we włosach już nie noszę, bo mnie Babcia do nich skutecznie zraziła ponad ćwierć wieku temu i raczej unikam jeśli mogę. Jak nie mogę też unikam. 

Wychowywana jak najbardziej tradycyjnie miałam całe stado lalek i zestawik garnków, i zestawik filiżaneczek do herbatki i czegoś tam jeszcze, bez czego dziewczynka absolutnie, zupełnie żyć nie może. I gotowałam z Mamusią i z Babcią... I taka sobie typowa byłam w obłokach różowości - a nie różowego to akurat nie lubiłam, ale i tak byłam do bólu dziewczyńska.

Jako dziewczynka zupełnie nietypowa mam na koncie przeczytane wszystkie "klasyczne" "Panysamochodziki" i "Tomki" Szklarskiego, i Sherlocka, i Agathę Christie i Pattersona i Kellermana i ze dwie tony innych mniej lub bardziej podróżniczo-awanturniczo-kryminalno-niespecjalniekobiecych książek. A co? Nie wolno mi? 

Sprzątać nienawidzę - nie polubię i jest to jedno z tych zajęć, które wpędzają mnie w głębokie przygnębienie i melancholię... drugie to zakupy. Szczególnie te ubraniowe. Dramat, tragedia i zgrzytanie zębów. 

Uwielbiam dżinsy (najchętniej te z "odstraszające mężczyzn" z wysokim stanem, bo nie przepadam za prezentowaniem postronnym mojej bielizny), sportowe buty i bluzy z kapturem i męskie koszule... i czerwoną szminkę.

Wychowywana jak najbardziej nie całkiem tradycyjnie, dziecięciem będąc, z wielką przyjemnością spędzałam czas z moim ukochanym Dziadkiem, demontując Syrenkę, naprawiając Moskwicza, a potem Malucha, wywołując zdjęcia, szukając kolejnych muzeów do zwiedzenia - szczególnie to ostatnie mi zostało. Posiadałam własną, prywatną miniwiertarkę i lutownicę z całym osprzętem. Sympatyczne komplety śrubokrętów, kabelków, drucików i innych tego typu dziewczyńskich zabawek, które doprowadzały do rozpaczy moją Mamę, ilekroć usiłowała w moim pokoju jakiś ład zaprowadzić. I co z tego, że na huśtawce zrobionej z "ruskiego" małego konstruktora huśtałam moją Barbie? 

Dzięki temu nie mam problemu z wymianą diodki, zaszpachlowaniem mojego bolida czy przygotowaniem imprezy na kilka (a pewnie i kilkanaście) osób - oczywiście pod warunkiem, że ktoś będzie za mnie przy tym sprzątał... Inna sprawa czy będzie mi się chciało... czy nie powiem, że to nie moja bajka... i nie pozwolę się w tym wyręczyć? Ale to już zupełnie inna bajka....

poniedziałek, 18 lipca 2016

Lajfstajlowo, modowo ... urodowo nie będzie ale reszta przypasuje jak sądzę...

Zostawiłam internety na weekend z przyczyn zdrowotno-rodzinnych. Fajnie było - spokojnie, bez wojen i awantur małych i dużych. No ale nowy tydzień i nowe "dramaty".

Z racji "dręczącej mnie" przypadłości miałam, jakiś czas temu, okazję i pretekst do przestawienia poglądów żywieniowych w kierunku, może nie tyle maniakalnie zdrowego, co w miarę rozsądnego żywienia. Z tej również okazji pozapisywałam się do kilku grup o jedzeniu, odżywianiu, cukrzycy i gotowaniu. Oj czego te człowieki nie wymyślą. 

Obiecałam wpis o modzie i będzie: o modzie na "zdrowe" odżywianie. Dlaczego "zdrowe" a nie zdrowe? Bo w momencie, kiedy pojawia się fanatyzm kończy się zdrowie. I nie chodzi mi nawet o to, że moda na żywienie bez glutenu, wegańskie, paleo czy inne cuda (a jest tego od pioruna) zaszkodzi komuś na zdrowie. Jak Ci to człowieku służy to żyw się kiełkami, podpłomykami z nasion chwastów okolicznych (na wodzie z kałuży oczywiście) i poluj na te przeklęte mamuty jeśli wola. Mnie to absolutnie nie przeszkadza. Do czasu.

Nie przeszkadzają mi zupełnie mody żywieniowe tak długo, jak długo osoby odżywiające się fanatycznie nie nawracają mnie na siłę. Nie wmawiają, że od podania dziecku z cukrzycą raz dziennie herbatki posłodzonej łyżeczką cukru, dziecko to skona w męczarniach (w tej kwestii to mnie nawet swego czasu policją straszono i sądem... a i zdaje się, że psychopatką zostałam czy jakoś tak), a od samego patrzenia na krowie mleko ja sama skonam w męczarniach (bo do kawy ponoć mam lać migdałowe za jedyne 15zł/litr). Kiedy ktoś powołując się na przypuszczenia i domniemywania nie zacznie mi wmawiać, że mąka pszenna (dowolna!) podnosi poziom glikemii szybciej niż biały cukier. Tego nie zdzierżę - i będę bronić tego swojego chleba powszedniego i herbaty z cytryną i cukrem pitej raz na sto lat... bo to moje. 

Nie wmawiam znajomym "żywiącym się alternatywnie", że umrą, skonają w męczarniach, wypadną i włosy, zęby, padną nerki i libido. Tym nieznajomym też właściwie tego nie wmawiam. Bo i po co? Cóż mnie cudzy talerz obchodzi? Ale też wara od mojego.

Miałam kiedyś kolegę. Bardzo dobrego. Kumplowaliśmy się dobrą chwilę, poniekąd z "obowiązku" bo na uczelnię dojeżdżaliśmy jednym autobusem. Świetny gość: inteligentny, myślący, wygadany... aaa i świetne bojowe ślimaki w notatkach rysował. Był weganinem. Bardzo kategorycznym. Nie jadł mięsa, miodu, jajek - mięska i kiełbasy nie wspomnę. Buty nosił gumowe, kurtki szmaciane i tak dalej. I ani razu się o to nie pokłóciliśmy. Dlaczego? Bo nie czepiał się moich kanapek z salami tak samo jak ja jego placków z cieciorki. Bo weganizm był... hmm... Częścią jego osobowości a nie podstawą egzystencji.

Mam wrażenie, że teraz "żywienie" stało się podstawą egzystencji i określa niektórym sens życia. Były czasy, kiedy jadło się byle co i byle jak. I to było złe. A teraz jest jeszcze gorzej. Z każdej strony fanatycy, którzy gdzieś coś usłyszeli tworzą grupy kolejnych "wyznawców", powtarzających (bardzo często) te swoje piramidalne bzdury. I to wszystko pod flagą "dbania o zdrowie i życie", domagając się tolerancji i zrozumienia - dla tych swoich ziółek, korzonków i mamutów. I dobrze - oczywiści rozumiem, toleruję, niektórych nawet popieram, ale jako kotletożerca również domagam się tolerancji i zrozumienia... a przynajmniej prawa do wolności żywieniowej... 

Z pozdrowieniami dla wszystkich Bezglutenowców, Wegetarian i Wegan, którzy mnie nigdy nie próbowali na siłę nawrócić.

niedziela, 3 lipca 2016

Afera goni aferę....

Dawno dawno temu, kiedy jeszcze nie było internetów (taak - ja wiem, że mało kto pamięta, ale proszę sobie to wyobrazić) istniała instytucja zwana "jedna pani drugiej pani" - czyli plotka po prostu. Gorszą jej formą i równie rozpowszechnioną było donosicielstwo czyli: "jedna pani drugiej pani o tym co trzecia pani pierwszej pani o tej drugiej powiedziała". Level hard jak to mawiają starzy Rosjanie. 

W dobie internetu i mediów społecznościowych szlachetna instytucja plotki i donosicielstwa ma się jeszcze lepiej niż to drzewiej bywało. Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze: plotki nasze i donosy zyskały nowy, znacznie szerszy zasięg. Po drugie - stały się zdecydowanie łatwiejsze do rozpowszechniania. Ogólnodostępność internetu, wspomnianych mediów społecznościowych i funkcjonalności "print screen" powoduje wysyp donosów, afer i głupot tego rodzaju.

Szczególnie upodobali to sobie członkowie przeróżnych grup fejsbukowych - nie dość, że plotkują bez opamiętania, to jeszcze donoszą na siebie nawzajem. Jak słowo daję: cyrk w cyrku. Jako aktywna "działaczka" kilku takich grup afer koperkowych na tematy rozmaite "przerobiłam" co najmniej kilka.

Pierwsza, którą pamiętam, to na jednej z grup "pomocowych" (w formie tej najgorszej czyli ograniczającej się do wzajemnego jęczenia i głaskania po główkach, jak również akcji "szczytnych" w rodzaju zbierania zużytych pasków testowych do mierzenia poziomu glikemii - do tej pory nie wiem co założyciel grupy zamierza z nimi zrobić) wyrzucono kilka(naście?) osób za nieprawomyślność (czyli brak zgody na robienie z dzieci niezdolnych do samodzielnego funkcjonowania kalek). Kiedy osoby te gdzieś  tam się poodnajdywały, nagle okazało się, że "skriny" z ich dyskusji trafiają na tamtą grupę. 

Następne afery właściwie były podobne - ktoś kogoś gdzieś obgadał, a inny coś głupiego napisał i nagle internety wrzały. Kotłowało się i kotłuje w sumie dalej, bo dzień bez afery skrinowej to dzień stracony. A ja się zastanawiam po co?

Tak naprawdę to zastanawiają mnie dwie rzeczy: kto się w coś takiego bawi i właściwie w jakim celu. Znaczy, że w celu siania zamętu i fermentu to ja wiem, tylko jaki ma własny, osobisty z tego użytek? Bo takiego trolla-donosiciela raczej nikt nie lubi i na dłuższą metę nie będzie trzymał w pobliżu siebie. Jakąś dziką satysfakcję ma z robienia ludziom na złość? Ze sprawiania przykrości?

Z drugiej strony zazdroszczę: nadmiaru wolnego czasu i biegłości w obsłudze smartfonów i komputera, bo robienia skrinów naumiałam się dopiero niedawno i dalej mi to kiepściutko idzie. A i czasu na śledzenie kto co komu o kim i po co nagadał jakoś nie mam. A już na donoszenie, podpierdzielanie i inne tego typu aktywności to mi w ogóle energii brakuje. Zdecydowanie lenistwo wygrywa u mnie z miłością do skandali.